
Grindhouse Vol. 1
reżyseria Quentin Tarantino
scenariusz Quentin Tarantino
Sprawmy by taśma była zniszczona, jakby przez pare lat jeździła od kina do kina, zwiedzając co rusz nowe miejsca, prezentując się coraz to nowym ludziom. Zbudujmy ścieżkę dźwiękową tak, by tworzyła oryginalny punkt odniesienia zmysłowego dla widza, jednocześnie będąc miłym nawiązaniem do lat dawno-ubiegłych. Zbudujmy scenariusz, oparty na czarnym humorze wplecionym w niekończące się dialogi typu “pitu-pitu” i włóżmy je w usta ośmiu seksownych kobiet. Połączmy to jeszcze z jakimś czarnym typkiem, powiedzmy sobie, niech będzie miał maszynę, która zabija! O! Quentin Tarantino po raz kolejny wita świat kina swoją odmóżdzającą rozrywką. Niech was jednak nie zmyli epitet “odmóżdżający”, bo w wypadku Tarantino, reguły jezykowe potrafią w rzeczywisty sposób, odwrócić swoje realne znaczenie.
Reżyser ów, jak dla mnie, reprezentujący współczesne kino autorskie, nie tworzy filmów według współczesnych norm produkcyjnych, a zamiast tego bawi się z widzem i z własnym filmem tworząc specyficzne przedstawienie, z bardzo charakterystycznymi dla niego elementami. Tak jak w poprzednich dziełach tego reżysera, scenarzysty i aktora (Pulp Fiction, Wściekłe Psy, Kill Bill 1 i 2), mamy doczynienia ze świadomym filmem, pełnym dialogów, przy których trudno się nie uśmiechać, i muzyką, budującą atmosferę i klimat danych scen. Oprócz tego, zaryzykuję stwierdzenie, że do nowego projektu Tarantino, można podczepić dwa nowe epitety - surowy i seksowny. Surowy, gdyż wspomniany na samym początku recenzji, efekt wyeksploatowanej taśmy filmowej, przynosi niespodziewanie ciekawe rezultaty, nadając pewnego drapieżnego charakteru temu filmowi, pogłębionego, przyglądając się dalej, przez kreację bohaterów i sam scenariusz. Seksowny dzięki samej historii, którą film prezentuje. Mamy tutaj typowego badass’a, w którego w niespodziewanie, dla mnie, ciekawy sposób wcielił się Kurt Russel, a który to zły typek poluje swoim złowieszczym samochodem na dwie grupki, niczego sobie prezentujących się, wyemancypowanych babek. Konflikt płci i ich istota jest podscycana przez ich symbole - szybkie samochody, kobiece ciało i rozmowy. Napis na reklamie Death Proof’a mówi “Najbardziej kobiecy film roku”. Powiem - mało tego! Jest to “Najbardziej (zarazem) kobiecy (jak i) męski film roku”.
Jeżeli mam się do czegoś szczególnie przyczepić w tym filmie, to chyba tylko
do samej formy przeciągania dialogów przez scenarzystę. Jak wiadomo sam Tarantino
mówił, że najlepszym sposobem na uśpienie widza i zmniejszego jego czujności, jest zalanie jego świadomości typowo banalnymi dialogami. Tak jest i tutaj. Jest to Tarantinowski styl dialogów “z jajem”, natomiast czuję, jakby ów pan stracił wyczucię w ich tworzeniu . To nie może być tak, że mamy dialog o pierdołach, który dłuży się i dłuży, choćby nie wiadomo jak był zabawny - co za dużo to niezdrowo!
Gdyby nie powyższe, film mógłbym skomentować jednym zdaniem, jako “odmóżdzającą w pozytywny sposób, specyficzną rozrywkę, pełną zarówno męskości, jak i kobiecości”. Nie należy się spodziewać po tym filmie głębokich przemyśleń. To zabawa, która przyrządzona
w odpowiedni sposób przez reżysera, stanowi niebanalny przykład tego, jak się robi dobre, autorskie filmy. Teraz czas na vol.2 Rodrigueza. Zobaczymy, jak to będzie wyglądało po drugiej stronie.
Ostatnie komentarze
text num2
Dzięki serdeczne przydało mi się do odpalenia...
Bardzo fajnie opisane. Ze wszystkich stronek...
Rotfl, dobre.
wpis czy wiersz ?