Czytelniku, Wyborco!
Ktoś niesłychanie się napracował tworząc tę reklamówkę, która zapewne nigdy nie wejdzie w ramy telewizji. Kompilacja wypadków ukazana w tym materiale video, to tylko skrót tego, co działo się w naszym kraju i tylko czubek góry lodowej, który jedyny praktycznie, przesiąkł do mediów. Zatem, Wyborco! 21 Października dokonaj mądrego wyboru…
Głosuj!
Archiwalia w kategorii 'Filmy'
aka Ocean’s 13
reżyseria Steven Soderbergh
scenariusz David Levien , Brian Koppelman
Oj długo się zbierałem, by cokolwiek o tym filmie napisać.
Długo. Pamiętam, że na początku było wielkie oczekiwanie.
Zwyczajnie jedynka wprawiła mnie w całkiem przyjemny nastrój. Od po prostu dobre kino rozrywkowe. Dwójka nie była już tak udana, bo pomimo istotnych plusów, posiadała (oczywiście wg. mojej subiektywnej opinii) całkiem spapraną, bo zagmatwaną, fabułę. Zwyczajnie nie było to aż tak chwytliwe, jak jej starszy brat. Następnie, było tylko “jest! to już 13! będzie co oglądać!” i oczywiście było, ale nie żebym miał się z tego powodu, aż tak specjalnie ekscytować.
Żeby dać szansę temu filmowi, postaram się go nie oceniać, przez pryzmat
Ocean’s Eleven. W porównaniu z nim, nie wyszedłby niestety w jednym kawałku. Historia to kontynuacja dwóch poprzednich części. Reuben (Elliott Gould) zostaje przysłowiowo “wydmuchany”, przez swojego starego znajomka Williego Banksa (Al Pacino) i zwyczajnie (lub nie) od tego wszystkiego chłopu się pogorszyło. I nic by nie było w tym dziwnego (jako, że Reuben, sam dał z siebie zrobić osła), gdyby nie dzielna 13 z Dannym Oceanem (George Clooney) i Rustym (Brad Pitt) na czele. Znowu tym razem będzie chodzić o kasyno. Inny tym razem, aczkolwiek równie skomplikowany co zawsze, będzie sposób działania, ale o tym w samym już filmie. Niby fajnie, kolorowo, z gwiazdorską obsadą, ale coś mi tu śmierdzi. Tak? Dobrze czuję? - to banał.
Nie wiem czego spodziewałem się po kontynuacji, ale jeżeli mam patrzeć na
Ocean’s 13 z osobna, to historyjka opowiedziana przez reżysera, tym razem się nie sprzedaje jak świeże bułeczki. Dlaczego? Z prostego powodu - jest może i bardzo chwytliwa i przyjemna (o tym później), natomiast takiej dawki science-fiction raczej nie spodziewałem się w tym filmie. Gdzie tu balans? Gdzie ładne wyczucie, czego potrzeba scenie, a czego nie? Zamiast tego wszystkiego otrzymujemy super-ekstra-czarujące zabawki warte miliony dolarów, które w ten, czy inny sposób będą podporą dla kulawej fabuły. Niby takie powszechne w nowych filmach (Live Free or Die Hard?), ale jednak razi oczy.
Jeżeli film ma się jakoś podnieść i sprawiać wrażenie miłego (lub po prostu taki być) należy wspomnieć o paru istotnych zaletach. Aktorzy i gra aktorska gwiazd w tym filmie, jak i w całej serii “Ocean’s”, stoją na najwyższym poziomie. Można spokojnie powiedzieć, że to praktycznie dla nich ogląda się ten film. Sympatyczni i jednocześnie pełni charakterystycznych dla siebie zagrań - duet Danny i Rusty to najlepszy tego przykład (te ich rozmowy: - ”There is one thing… - yeah… - and th…. - that’s right”, po prostu bezbłędne). Scena z nimi i “Oprah” w telewizji, to chyba najzabawniejszy motyw całej serii. Tak samo nowy w serii Al Pacino, chociaż nie miał za bardzo co grać oprócz “jestem-zły-wszechwładny-pan-tego-kasyna” i “jeszcze-się-z-toba-policzę-Ocean”, to wyszedł całkiem ciekawie i jeżeli chodzi o obsadę gwiazdorską, był jej przyjemnym dodatkiem. Można długo narzekać na fabułę, natomiast nie można się doczepić do sposobu
narracji i jej oprawy muzycznej. To te dwie rzeczy podtrzymują tę historię w lekkim komediowym duchu i gdyby ich było brak, to chyba nawet z samymi gwiazdami, ciężko byłoby oglądać ten film.
Równia pochyła, czy może sinusoida? Przychylam się do tego drugiego. Ocean’s Eleven,
był filmem dobrym a nawet bardzo dobrym. Zmyślny napad, pełen humoru i dobrej gry aktorskiej. Jak już wspomniałem dwójka pomimo posiadania tych samych aktorów, nie potrafiła aż tak wybronić się poprzez zawikłaną fabułę. W trzynastce, niekoniecznie “parszywej”, mamy kiepską, bo naciąganą fabułę oraz wszystkie plusy z pozostałych części. Tak jak do jedynki się wcale nie równa, tak z dwójką wygrywa batalię z łatwością i po głębszym zastanowieniu - seria, choć poturbowana i pełna rys, wychodzi ku mojemu zadowoleniu, na prostą.

Grindhouse Vol. 1
reżyseria Quentin Tarantino
scenariusz Quentin Tarantino
Sprawmy by taśma była zniszczona, jakby przez pare lat jeździła od kina do kina, zwiedzając co rusz nowe miejsca, prezentując się coraz to nowym ludziom. Zbudujmy ścieżkę dźwiękową tak, by tworzyła oryginalny punkt odniesienia zmysłowego dla widza, jednocześnie będąc miłym nawiązaniem do lat dawno-ubiegłych. Zbudujmy scenariusz, oparty na czarnym humorze wplecionym w niekończące się dialogi typu “pitu-pitu” i włóżmy je w usta ośmiu seksownych kobiet. Połączmy to jeszcze z jakimś czarnym typkiem, powiedzmy sobie, niech będzie miał maszynę, która zabija! O! Quentin Tarantino po raz kolejny wita świat kina swoją odmóżdzającą rozrywką. Niech was jednak nie zmyli epitet “odmóżdżający”, bo w wypadku Tarantino, reguły jezykowe potrafią w rzeczywisty sposób, odwrócić swoje realne znaczenie.
Reżyser ów, jak dla mnie, reprezentujący współczesne kino autorskie, nie tworzy filmów według współczesnych norm produkcyjnych, a zamiast tego bawi się z widzem i z własnym filmem tworząc specyficzne przedstawienie, z bardzo charakterystycznymi dla niego elementami. Tak jak w poprzednich dziełach tego reżysera, scenarzysty i aktora (Pulp Fiction, Wściekłe Psy, Kill Bill 1 i 2), mamy doczynienia ze świadomym filmem, pełnym dialogów, przy których trudno się nie uśmiechać, i muzyką, budującą atmosferę i klimat danych scen. Oprócz tego, zaryzykuję stwierdzenie, że do nowego projektu Tarantino, można podczepić dwa nowe epitety - surowy i seksowny. Surowy, gdyż wspomniany na samym początku recenzji, efekt wyeksploatowanej taśmy filmowej, przynosi niespodziewanie ciekawe rezultaty, nadając pewnego drapieżnego charakteru temu filmowi, pogłębionego, przyglądając się dalej, przez kreację bohaterów i sam scenariusz. Seksowny dzięki samej historii, którą film prezentuje. Mamy tutaj typowego badass’a, w którego w niespodziewanie, dla mnie, ciekawy sposób wcielił się Kurt Russel, a który to zły typek poluje swoim złowieszczym samochodem na dwie grupki, niczego sobie prezentujących się, wyemancypowanych babek. Konflikt płci i ich istota jest podscycana przez ich symbole - szybkie samochody, kobiece ciało i rozmowy. Napis na reklamie Death Proof’a mówi “Najbardziej kobiecy film roku”. Powiem - mało tego! Jest to “Najbardziej (zarazem) kobiecy (jak i) męski film roku”.
Jeżeli mam się do czegoś szczególnie przyczepić w tym filmie, to chyba tylko
do samej formy przeciągania dialogów przez scenarzystę. Jak wiadomo sam Tarantino
mówił, że najlepszym sposobem na uśpienie widza i zmniejszego jego czujności, jest zalanie jego świadomości typowo banalnymi dialogami. Tak jest i tutaj. Jest to Tarantinowski styl dialogów “z jajem”, natomiast czuję, jakby ów pan stracił wyczucię w ich tworzeniu . To nie może być tak, że mamy dialog o pierdołach, który dłuży się i dłuży, choćby nie wiadomo jak był zabawny - co za dużo to niezdrowo!
Gdyby nie powyższe, film mógłbym skomentować jednym zdaniem, jako “odmóżdzającą w pozytywny sposób, specyficzną rozrywkę, pełną zarówno męskości, jak i kobiecości”. Nie należy się spodziewać po tym filmie głębokich przemyśleń. To zabawa, która przyrządzona
w odpowiedni sposób przez reżysera, stanowi niebanalny przykład tego, jak się robi dobre, autorskie filmy. Teraz czas na vol.2 Rodrigueza. Zobaczymy, jak to będzie wyglądało po drugiej stronie.






Ostatnie komentarze
text num2
Dzięki serdeczne przydało mi się do odpalenia...
Bardzo fajnie opisane. Ze wszystkich stronek...
Rotfl, dobre.
wpis czy wiersz ?